poniedziałek, 11 maja 2015

Jak sobie nie radzić - Muminki w komiksie

Przyglądając się temu z bliska, muszę przyznać, że żyłam zbyt beztrosko.Dom, pieniądze, dziewczyna - wszystko straciłem. Każde nawet najmniejsze stworzenie ma rodzinę, ale ja nie, najlepiej będzie jak się utopię... Szkoda, że tak dobrze pływam”

Ten oto fragment wzbudził olbrzymią radość Dziecka Kwiat. Mały Superbohater dołączył do siostry, chociaż wątpię, żeby zrozumiał szczegóły straszliwego planu Muminka.

Niektórzy szukają w książkach dla dzieci życia, jakie chcieliby tym dzieciom oferować, radości, beztroski, dobra, AP, NVC, innych ciekawych skrótów, miłości („w przystępnych cenach" - nie mogłam się powstrzymać). Dla tych właśnie rodziców książka "Muminki - komiksy" kompletnie się nie nadaje. Tam są rozczulające przykłady kompletnego nieradzenia sobie z sytuacją, unikania konfrontacji, braku zrozumienia dla rzeczywistości i siebie nawzajem. Oni chcą dobrze, a wychodzi jak zwykle.

Krótko mówiąc - książka dla mnie. I moich dzieci. Do bólu prawdziwa. Złośliwa i ironiczna. Rzeczywistość do pogadania i pomyślenia. Bo czy można kompletnie olać potrzeby mamy Muminka. No pewnie, że można, co to, dzień matki, czyco, żeby ktokolwiek słuchał o tym, że ona nie chce płynąć na rivierę? Albo może okraść bogatą ciotkę, bo właściwie, kiedy jest się Ryjkiem to ma sens.

Mimo to oni są niesamowici w relacjach. Tacy prawdziwi, czasem złośliwi, czasem zmęczeni, czasem mają dość, żadnych upiększeń. To takie naprawdę ludzkie, zwyczajne trolle.

Oczywiście mają przygody. Zbóje, bezludna wyspa z przodkami, hotel dla gwiazd (spojler - Migotka wygrała w ruletkę), dom opanowany przez Hatifnatów. Oczywiście wychodzą cało nie zawsze najprostszą i najskuteczniejszą drogą.

Książka należy do Małego Superbohatera. Dostał na urodziny, więc się przejmuje, ale bardziej treść i wszystkie niuanse, których jest całkiem dużo rozumie Dziecko Kwiat.


Tove Jansson rysuje jak zwykle - prosto, zaskakująco, bez zbędnych upiększeń. Czysta forma, a ja ostatnio lubie czyste formy.
Dlatego polecam. Niektórym.

środa, 11 marca 2015

o czytaniu dziecięcem - jak zaszpanować przed innymi rodzicami.

Trochę bedzie nie o książce.

Bo wiecie, fajnie jest mieć czytające dzieci. Taki 3latek jak machnie "bodaj byś sczezł" albo plunie "pluralizacją idei" zależnie od pokazanej kolorowej książeczki dla przyszłych geniuszy , robi wrażenie nie tylko na babci czy cioci, ale też na przypadkowych tłumach na grupie "ach jak przyjemnie być mamą takiego cudownego bobaska". No albo jakiejś podobnej.

No więc jedziemy po kolei: Doman od 3 miesiąca, zestawik po ponad 100 zł, co tam. Cieszyńska. 200 za paczuszkę. A może jeszcze Majchrzak? Czerska? "Poczytam Ci mamo"? 101 kroków? Jakieś inne? W sumie dzieć powinien nam czytać zanim pójdzie do przedszkola. Mamy +50 do reputacji + 50 do wrażenia na przedszkolankach+ 30 do zazdrości innych.

Ale dzieci są różne. Mogą mieć nasze zabiegi głęboko gdzieś i w kółko zajmować się tylko... nie wiem graniem w szachy, rozwiazywaniem równań różniczkowych, i innymi takimi badurami. Co wtedy? Czy całe nadzieje na szpan wśród znajomych rozwój intelektualny własnego dziecka przepadły? Czy już nic się nie da zrobić?

Przeciętny dzieć ma naprawdę dużo roboty. Musi biegać w kółko, przewracać sie czasem, włazić gdzie nie chcemy, rozsypywać mąkę. drzeć i zjadać papier toaletowy (genialny dla rozwoju koncentracji, orientacji przestrzennej, małej motoryki, w ogóle dzieć w wieku 0,6-3 powinien mieć stały dostęp do papieru toaletowego), ciągnąć za ogon kota, bazgrać po ścianie, gadać kompletne głupoty i wrzeszczeć o to, że ktoś nacisnął klamkę pierwszy. To naprawdę dużo pracy i dużo zadań rozwojowych. Można mu jeszcze wcisnąć angielski Helen Doron (w trudniejszych przypadkach przestać mówić po polsku samemu), basen, zajecia plastyczne i skrzypce metodą Suzuki (to tylko w przypadku głuchych rodziców sie sprawdzi). A że czas i moment rozwoju jest jeden i się nie powtórzy, to zajęcia zmniejszają czas dziecka na jego prawdziwe zadania rozwojowe (papier toaletowy i kota), w których żmudnie uczy się siebie i samodzielnie odkrywa swoje mozliwosci i ograniczenia.

Dzieć w grupie innych podobnych sobie indywiduów ma podobnie dużo zajęć. I podobnie długo, nieprzerwanie i bez zniechęcenia uczy sie relacji społecznych. Zajęcia z panią od czegośtam zabierają mu czas. Mogą być fajne, lubiane itp. I też nie mam nic przeciwko nim jeśli nie są za często, ale to nic nie zmienia. Zabierają czas, który dzieć mógłby poświecić na badanie społecznych skutków własnych decyzji, własnych możliwości wpływania na innych i ich ograniczeń (jak go zdzielę samochodzikiem to mi pewnie odda klockiem).

A wszystkie te dodatki są przecież świetnie udokumentowane. Jak doskonały wpływ na rozwój ma angielski, bum bum rurki, czytanie, dziennikarstwo, edukacja wczesna, flażolet, gra w szachy, hippika, informatyka, jazda na nartach, karate, liczenia, łucznictwo, malowanie, nauczanie fortepianu, obozy przetrwania, pływanie, rysowanie, skrzypce, teatr, uprawianie sztuk walki, wędrówki krajoznawcze, zuchy...
Problem jest z czasem (i kasą oczywiście). Bo te wszystkie zajęcia przynoszą dobry efekt same, pojedynczo, jak dzieć ma duuużo czasu na życie.

I teraz do sedna: czytać z dzieckiem warto, ksiażki są super, czytanie przed spaniem i w ciagu dnia jest świetne, są ksiażki dla dzieci, które czytasz i myślisz "tak, w końcu ktoś napisał książkę dla mnie", albo "Oooo kurcze, to naprawdę tak jest?". Więc czytasz bo tobie się podoba (przynajmniej ja tak robię), a jak dzieciowi się podoba to dodatkowa wartość.

Z Dzieckiem Kwiat przerobiłam dużo metod czytania (pierwsze dziecko to dziecko eksperymentalne), a dzięki temu ze ona była naprawdę niezainteresowana, a ja uparta tylko trochę, to teraz uczy się w szkole metodą prymitywną - głoskową i wchodzi jej dużo lepiej niż jak ja próbowałam cokolwiek robić sama. A jest jeszcze Mały Superbohater, którego olałam w temacie, a okazuje się, ze daje radę przeczytać krótkie słowa sam składając litery do kupy. 2 dzieci to nie statystyka, nawet nie badanie porównawcze. Nie twierdzę, ze dzieci olane czytają, albo ze metody nic nie dają i można je wywalić do kosza. Ale mam swój sposób dzięki temu.

Metoda wczesnego nauczania dla leniwych, wygodnickich, beznadziejnie egocentrycznych, niesystematycznych rodziców jest taka: bierzesz dziecko, upewniasz się, ze widzi stronę tak dobrze jak ty (przynajmniej ma taką możliwość jak akurat nie patrzy na choinkę na balkonie. W końcu dopiero marzec) i lecisz tekst pokazujac paluchem. Oczywiście tekst ksiażki, którą właśnie czytacie. Nie jakiś specjalnie przygotowany tekst z zestawu "ja ci jedak udowodnie, że moje dziecko jest mądrzejsze od twojego" 199,99zł. Książki mają różne czcionki, fajnie jak się trafi taka z dużymi i prostymi literami, ale jak nie to nic nie zmienia. Odpowiadasz na pytania "co tu jest napisane?" i "jaka to literka" o ile się pojawiaja. Odpowiadasz też na inne "czemu kupa jest brązowa?" "A bocianowi to lecą smarki?". Przynajmniej do pewnego momentu. Jak Ci się chce pokazać gdzieś po drodze bilbord z napisem to pokazujesz i mówisz co tam jest napisane, jak dzieć szuka literek czy słów to fajnie jak nie to nie. Można sobie dzielić wyrazy na sylaby czasem. Można sobie czasem znajdować głoskę w słowie (albo pierwszą, ostatnią, słowo na literę i inne takie). To troche samochodowy (komunikacja publicza też pod to podchodzi. rower się nie sprawdza) zajmowacz czasu jak dzieć sie nudzi a jest zainteresowany. Niezainteresowane dziecko skutecznie zniechęca rodzica, a po co sobie robić krzywdę. I nie czekacie na efekt. Nie uczycie dziecia czytać dla siebie tylko dla dziecia. To bolesna prawda. Czyli olewasz skutki i konsekwencje swoich działań. No w sumie pracy w to nie wkładasz, więc efekt też nie musi zaistnieć. Ale jeśli dzieć ma ochotę nauczyć się czytać jakos wcześniej (chce sobie po raz piedziesiąty siódmy przeczytać komiks o myszach, albo po raz pierwszy ksiażkę z tak słodkim pieseczkiem na okładce, że odstrasza cię na samą myśl) to dajesz mu tą możliwość. I to tyle.

Nic nie gwarantuje. Chcecie mieć pewność, sięgnijcie po te dużo bardziej entuzjastyczne metody.




poniedziałek, 9 marca 2015

TOLERANCJAAAAAAA

Książki Pernilli Stelfelt są charakterystyczne. Wprost wyjaśnia rzeczy trudne, przy których rodzice mogą się nieźle zamotać. O życiu i śmierci już czytaliśmy, przyszedł czas na tolerancję. Podobno wszyscy szwedzcy trzecioklasiści (w 2012r) dostali tą książkę w prezencie. Słusznie.

Autorka jak zwykle wprost i w najprostszy możliwy sposób wyjaśnia, o co chodzi. Tak że nawet Mały Superbohater zrozumiał większość. Dziecko Kwiat w ogóle nie miała problemów.

Mam wrażenie, że temat z tych, w których najpierw trzeba dzieciom wytłumaczyć, że w ogóle istnieje problem, a potem... że go jednak nie ma.

A chodzi po prostu o to, że ludzie się różną. Widocznie i niewydocznie. Inaczej myślą, mówią, poruszają się. I warto się cieszyć tą różnorodnością. Mało tego: nie wszystko trzeba tolerować, niektórym rzeczom warto się przeciwstawić. Nie jest to nudny pean na cześć tolerancji ani przeciw niej. Za to całkiem fajny wstęp do adekwatnego i asertywnego traktowania innych.

Układ książki w formie pozornego chaosu tworzy fajną chmurę myśli, zmiksowanych tekstów, ilustracji, "chmurek" i przemyśleń. Nie trzeba trzymać się kolejności. Rzeczy ważne widać lepiej, a ich rozwinięcie można doczytać.

"Nie wolno wyrzucać własnego JA do śmietnika"

Czasem myślę, że tej książki dorośli powinni nauczyć się na pamięć...

piątek, 27 lutego 2015

Gadu Gadu Kwa Kwa czyli podstawy ekologii behawioralnej

Dzieci i ryby głosu nie mają. Podobno. Moje dzieci mają głos i to donośny. 
"Gadu gadu kwa kwa" to rodzaj słownika w połączeniu z poradnikiem kulturalnym zwierząt różnych.

Jest o tym, ze należy sikać wysoko i dlaczego. Po co komu elektryczność? Jak gaworzą małe delfinki? Czego ryby uczą się w szkołach? To nie jedyne ciekawie zadane pytania.

No i czasem pewnie byłoby trudno się dogadać. Np. sygnały zapachowe ludzi są dużo mniej oczywiste niż mrówek. Całe szczeście, ze niektórym zwierzętom całkiem dobrze idzie ludzki.

Ostatecznie okazuje się, ze świat zwierząt jest pełen sygnałów, wiadomości, słów, napisów, drogowskazów, graffitti, reklam i zwietrzałego spamu informacyjnego.

Młodym się podobało. Mały Superbohater był zafascynowany sposobem na odgonienie lwa stosowanym przez słonie. Wiadomo, duże, groźne i jeszcze sie odganiają porozumiewając się między sobą tajnymi sygnałami. Wcale się nie dziwię zainteresowaniu, same jego tematy.

Dziecko Kwiat się zastanawiała nad najlepszym sposobem powiedzenia "jestem super" i właściwie nie jestem pewna, ale wychodzi na to, że najlepsze są jelenie, bo najgłośniejsze. Fajne też były tematy o kolorach i o kłamaniu na różne sposoby.

Podsumowując: ksiażka o komunikacji wenątrz i międzygatunkowej w wydaniu dla dzieci. Mądrze i prosto napisana chociaż temat wcale nie szczególnie łatwy. Za to wspomaga komunikację międzyludzką i kreatywność, chociaż dobrze, ze nie musieliśmy bawić się w odczytywanie sygnałów zapachowych z wysoko sikanego moczu (Mały Superbohater cieszyłby się sporą przewagą). Gadania po małpiemu dzieciska nie odpuściły.
Także ten... Piu-ak do następnego wpisu.

P.S. Książka biblioteczna. Biblioteka to fajny wynalazek.


poniedziałek, 23 lutego 2015

Żaba z zupą ogórkową

"Sceny z życia smoków" to książka wiekowa. Pierwsze wydanie - 1989.
I nie zestarzała się w tym czasie, no może tylko pepegi.

Książkę dzieciom czyta się trudno. Co chwila ktoś wybucha śmiechem. Jak jeszcze dzieciska to dawałam radę, ale jak już ja się śmiałam, to naprawdę było ciężko.
Bywa w niej brutalnie szczerze: "żabo, masz bardzo brzydkie oczy", smoki nie osiągają zamierzonych celów (żadnego prawie, tylko mur zbudowały), za to mają dobre chęci, łysego psa w saksofonie i termosy z zupą ogórkową. Czyli dają radę.
Jest też krokodyl o licznych talentach, zwłaszcza polecam go jako mentora dla szydełkujących gitarzystów.

I nikt się niczemu ani nikomu nie dziwi. Czy to różowofutrzasty urodzinowy smok, czy dziwne zwierze z poprzedniej epoki geologicznej... Tolerancja pełna. Motyl może się zakochać w 20 000letniej Cheni i nikt się ich nie czepia. Żaba tylko miała pewne obawy, czy nie zostanie zjedzona, ale nie została.

Cała ta ekipa panoszy się w 15 scenach z książki. Są wielkie, hałaśliwe i złośliwe. Strasznie je polubiliśmy i aż trudno się nam było z nimi rozstać.

Oczywiście dzieciska szaleją za nimi tak samo jak ja. Zwłaszcza Dziecko Kwiat, ale to tylko dlatego, że Mały Superbohater miał głowę w myszach w tym czasie. Testowałam również książkę na Księżniczce Zastępczej i okazało się, że można z nią przesiedzieć ponad godzinę i przeczytać Smoki od deski do deski z dużym entuzjazmem i zakazem uciekania do kuchni po kawę w tym czasie.

Do czytania samemu "Sceny z życia smoków" też się nadają, ale wymagają już całkiem pewnego czytania. Więc dla Dziecka Kwiat na jeszcze nie w tej chwili.

Ilustracje też pasują do treści, nie przeszkadzają w czytaniu, chociaż żaba jest za ładna a krokodyl żółty. To zaleta chyba, skoro i tak jada pierogi z jagodami.

Czyli smoki wtarabaniły się z hukiem na szczyty top listy. Polecamy. A wiek to tak od 4 można czytać, ale im starsze dziecko tym więcej podtekstów rozumie, więc spokojnie przez całe najgorsze pierwsze 40 lat rodzicielstwa będzie dobra.

sobota, 7 lutego 2015

Geometria dla starszych ludzi

Dzisiejsza książka ma długą brodę. Napisana w 1978r przez Władimira Żytomirskiego i Lwa Szerwina, w Polsce wydana w 1987. To już wiadomo, że będzie sf albo nauka. Albo i to i to.

"Geometrię dla najmłodszych" mamy z biblioteki. jesteśmy drudzy. Pierwsza była jakaś dziewczynka w 1995r. No i zgodnie z tytułem książka ma opowiedzieć o podstawach geometrii. Trzy ludziki rozmawiają sobie z ołówkiem, kroją prostą na odcinki, ostrzą kąty, porównują, zakręcają krzywe i łamane, mierzą sznurkiem i generalnie dobrze się bawią. Ołówek opowiada bajkę o punkcie, który przeżywa straszliwe przygody i odwiedza miasto trójkątów, czworokątów i kół. Niby nic takiego.

Układ treści jest właśnie taki bardzo "szkolny". Punkt - prosta - półprosta - odcinek - kąt - łamana - figury geometryczne. wg. posłowia w tym czasie był to program 4 klasy, chociaż książka przeznaczona jest dla mniejszych dzieci (kl.1-3). IMO spokojnie można poczytać młodszym, ale faktycznie jeśli czegoś nauczyła to tylko Dziecko Kwiat, Mały Superbohater przeżywał przygody punktu i był zainteresowany, ale nie zauważyłam, żeby cokolwiek z wiedzy do niego dotarło.
Poza tym fajne to posłowie. "Skłaniam się ku opinii tych dydaktyków, którzy drogę do geometrii widzą w ćwiczeniach i zabawach polegających na manipulowaniu klockami, układaniu mozaik, wykonywaniu figur z papieru, klejeniu brył." No ja właściwie też.

Zachodzi efekt prostej i dopasowanej do dzieci historyjki - młode były bardzo wciagnięte. Autorzy dają pomyśleć, zadają pytania, Ludziki są trzy i każdy ma własną odpowiedź, na swój sposób rysuje i mierzy. Poza tym jest dość ciekawie. Punkt i cyrkiel gonią czarny charakter - ZŁĄ gumkę przez pół ksiażki.

Dzieciska wpadły w dziki zachwyt tą książką. "Gelometie pocyyytaj" wył Mały Superbohater. "Ja bym chciała, żebyś poczytała bajkę o punkcie zamiast Adasia i Słonia" - tłumaczyła Dziecko Kwiat (Adaś i Słoń to fajna książka, która podoba się chyba tylko mi...).

Zauważyłam tą książkę w czeluściach biblioteki głównie dzięki ilustracjom Bohdana Butenko. Jak się można domyślić - nie zawiodłam się. Bardzo sympatycznie się tą ksiażkę i czyta i ogląda.


wtorek, 27 stycznia 2015

Wielkie małe kobietki

Dobrze mi się czytało "Wielkie małe kobietki" , Dziecko Kwiat najchetniej łyknęłaby od razu całość, ale ponieważ jeszcze sama nie czyta, postanowiłam jej dawkować. Pięć wieczorów, pięć dziewczynek, które, kiedy dorosły stały się ważne (bo jak wiadomo, zanim człowiek stanie się ważny musi przejść przez etapy, w których jest nieważny, niezbyt istotny i raczej się go pomija, a w ogóle najważniejszy to robi się, jak już umrze).

To taka feministyczna książka. O tym, że bycie pewnym siebie, sprytnym i zdeterminowanym przynosi dobre rezultaty. I że dobrze jest mieć własną pasję.

Książka opowiada po kolei o:
- Marii Skłodowskiej-Currie - Dziecko Kwiat stwierdziła, że ona się na fizyce zna.
- Coco Chanel Drugie miejsce Dziecka Kwiat. Albo pierwsze ex aequo. Rysowała sukienki wg. jej projektów, nawet od babci swoje szablony z ciuchami ściągnęła.
- Agathy Christy - nie wiamy dlaczego nie została tym detektywem na prawdę, tylko pisała ksiażki.
- Edith Piaf - to było ciekawe opowiadanie. Nie wiadomo czemu Edith śpiewała, skoro to sie tak skończyło z jej rodzicami. No i babcia, która ją wychowywała, prowadziła również dom publiczny. Dzięki czemu Dziecko Kwiat poznało kilka nowych wyrazów. Kształcenie górą. Wrażliwców uspokoję, bo nie jest o tym napisane nic wprost, więc jak się nie pogada z dzieckiem to prawdopodobnie nie będzie się zastanawiać.
- Audrey Hepburn - zdecydowane miejsce pierwsze. Tańczyła w balecie. Była prawie księżniczką. Jeździła na rowerze z wiadomościami dla ruchu oporu. Zastanawiam się jak przebrać Dziecko Kwiat za Audrey na bal przebierańców....

I ilustracje nam się podobały. Takie były nieoczywiste i delikatne i do pomyślenia.

Byłoby naprawdę świetnie gdyby nie ta religijność. Święty Wawrzyniec naprawdę był zbędny. Brak świętej Tereski może rozbiłby trochę fabułę, ale autorka poradziłaby sobie bez niej. Naprawdę osobiście bez większych przeszkód tłumaczę paskudom różne rzeczy. Np. nowenna, pielgrzymka itp. tylko po co to moim ateistycznym dzieciom? Jeszcze trzeba jakoś wybrnąć z tych jakże katolickich wniosków.

Podsumowując - książkę Aleksandry Polewskiej ciekawie się czytało, sama się dużo dowiedziałam, bo o ile o życiu Marii Skłodowskiej Curie raczej wiemy dużo, to reszta z życiorysów małych wielkich kobietek dla mnie też była częściowo nowością. Cieszę się, że mamy ją w bibliotece, ale o ile Dziecko Kwiat nie bedzie bardzo nalegać to nie kupię jej żeby mieć na półce. Bo chociaż feministyczna i inspirująca, to za mało bezbożna.